przez wiki6 » 21 sty 2011, o 23:11
Czy porod musi byc koszmarem i walka o przezycie...........
Witam przyszle mamy i te ktore juz mialy okazje rodzic w pabianickim szpiatlu.Ja rodziłam w maju 2010.Po przyjeciu na oddzial wykonane mialam USG ,na ktorym widac bylo,ze dziecko bylo owiniete pepowina wokol szyi ale...............
Koszmar,10 godzin prob urodzenia siłami natury ,a potem cesarka w sumie ratujaca zycie dziecku i mnie.Zero zainteresowania podczas porodu,niemile docinki lekarza obecnego na dyzurze,brak intymnosci ,(obok mnie rodzila kobieta z mezem,ktory byl obecny podczas calej mojej akcji porodowej jak i badan),problem z podaniem mi znieczulenia za ktore teraz wiem jest pobierana opłata tak samo jak i za zel przysieszajacy porod .Poniewaz corka byla owinieta pepowina wokol szyi porod nie postepowal-jednak nadal probowano wydobywac dziecko droga naturalna,kazdy z obecnych na dyzurze badal mnie kilkakrotnie .....bolesnie, tetno serca dziecka juz nie bylo slyszalne ,a ja wyczerpana .....dusilam sie . Slyszalam jak lekarze rozmawiaja miedzy soba ,zeby podac mi tlen ,podali,ale zapomnieli odkrecic butle z jego zawartoscia.Ja nie bylam w stanie powiedziec im tego,tracilam przytomnosc.Nie bylam w stanie wykonac ruchu ,czulam,ze ulatuje ze mnie zycie ,a ja poddaje sie temu.Mialam w glowie jedna mysl-zostawcie mnie chce juz umrzec.Czy tak powinien przebiegac porod,wiedzac ze nie ma szans na porod silami natury???Ciagle do dnia dzisiejszego zadaje sobie to pytanie..jak blisko bylo,zeby nas tu juz nie bylo.
Gdy tracilam przytomnosc i nie bylam swiadoma juz niczego co dzieje sie wokol mnie ,zabrali mnie doslownym biegiem na blok operacyjny z polecenia ordynatora ,ktory stwierdzil,ze nie ma tu mozliwosci urodzenia ,poniewaz dziecko sie cofa zamiast schodzic w dol.Byly to ostatnie sekundy mojego i corki zycia ,tak wtedy to czulam.Zaczelam odczuwac blogostan z brakiem bolu i pelnym spokojem,teraz wiem,ze lekko odchodzi sie z tego swiata,pomimo koszmaru przez jaki obie przeszlysmy.
No i cesarka ,ktorej nie pamietam w znieczuleniu ogolnym,bo zbyt ciezki mialam stan i dziecko,zeby tracic czas na podawanie znieczulenia.
Dziecka nie zobaczylam jak to zwykle byc powinno,dopiero gdy ocknelam sie i zobaczylam ,ze jest po wszystkim i jestem sama zadzwonilam po meza ,ktory z placzem przybiegl do szpitala.Wtedy udalo mu sie dowiedziec,ze dziecko zyje ,odczulam wewnetrzny spokoj...nie wiedzialam,ze chwilowy tylko.
Potem poloznictwo,nastepny koszmar,sama na sali,z aparatura do mierzenia cisnienia i kroplowkami.
Wieczorem zostalam mimo prosb do poloznej,prawie sila sciagnieta z lozka -nigdy tego nie zapomne -zalana krwia ze skrzepami na sali chorych,podtrzymywana ,polprzytomna,naga- bez zachowania najmniejszych zasad poszanowania godnosci jak i litosci,bo przeciez droga do ciecia cesarskiego byla koncowa,a poprzedzal ja 10 godzinny porod .
Zbliza sie noc ,a tu dostaje od tej wlasnie poloznej niezlecony zastrzyk ,podobno nasenny -tego nie wiem,pamietam go jako "odlot" .Teraz mysle,ze poprostu ten bolesny zastrzyk mial byc spokojna noca dla personelu ,a ja tak bardzo chcialam byc swiadoma i cieszyc sie z coreczki i z tego ze zyjemy.
Kolejny dzien-sobota,dostalam nakaz od poloznej przeniesienia sie do drugiej sali.W wielkich bolach ,podtrzymujac sie sciany udalo mi sie spakowac wszystkie moje rzeczy i rzeczy dla dziecka i powoli przeniesc torby do drugiej sali.Bol niewyobrazalny,i te ciezkie torby ,ale dalam rade.Podziwiam polozne za brak litosci,nie da sie wyrazic slowami,i opisac jak mozna potraktowac tak czlowieka,ktoremu niby powinny niesc pomoc.
Rodzilam w piatek o 9 rano przez ciecie, wyszlam ze szpiata w niedziele na wlasna prosbe .
Po usunieciu cewnika(bez znieczulenia miejscowego,przez silne szarpniecie) niestety nie potrafilam sie wydostac sie z lozka starego, wysokiego i zarwanego .Dopiero w niedziele rano z pomoca meza pierwszy raz wstalam z lozka do toalety.-byl to dzien mojego wypisu na wlasna prosbe.
Wtedy najpiekniejszy dzien .....pomimo strasznej pogody,jednak wsrod najkochanszej rodziny i malej istotki ,silnej,ktora wiele ze mna tam przeszla.
Chociaz czulam sie koszmarnie wiedzialam,ze musze "uciekac " stamtad ,ze nie moge liczyc na zadna pomoc,zadne wsparcie,jedynie bol i brak litosci ,ale wiedzialam ,a w domu bede miec wsparcie kochajacego meza i drugiej corki i szybko zapomne o tym co przeszlysmy.....jednak nie ,jest zima 2011 ,a w snach nadal widze twarze ludzi ,ktorych nie moge zapomniec ,a nasza najmlodsza coreczka,-pieknosc i oby zdrowie jej dopisywalo,a wczesniejsze wydarzenia nie mialy wplywu na jej rozwoj.