Samorząd rozumiem tak: na jakimś terenie, np. w mieście Pabianice mieszka ileś tam ludzi, dajmy na to 70 tys. Mają swoje sprawy prywatne, ale są też i sprawy wspólne. O sprawach wspólnych trzeba decydować (póki co) wspólnie. Robią więc zrzutkę (tak czy owak, mniejsza o technikę) na budżet i decydują wspólnie jak wydać pieniądze.
Ludzie są różni i różne mają potrzeby.
Kierowcy chcą szerokich, równych dróg, rowerzyści ścieżek rowerowych a nieskółkowani szerokich ocienionych chodników.
Młodzi chcą się bawić i słuchać muzyki, starsi chcą wypoczywać w ciszy.
Ci w sile wieku chcą dojeżdżać sprawnie do Łodzi, bo tam kina i sklepy, schorowani chcą mieć dobrą opiekę lekarską.
Matki dzieciom chcą przedszkoli z klockami lego i placów zabaw, studenci boisk do koszykówki na przykład.
A budżet ograniczony, nie da się wszystkim wszystkiego.
I tak rozumiem wybory do samorządu. Wychodzi kandydat na prezydenta albo radnego A i obiecuje: 1b, 2b, 3a, 4b, 5b, 6a, 7b, 8b, 9b, 10b, wychodzi kandydat B i obiecuje odwrotnie. Ja głosuję na A, Meazza na B. Wygrywa np. A więc po czterech latach oceniam go. Obiecywał X a zrobił Y: spadaj więc. Albo zrobił jak obiecał, ale do kitu wszystko: znaczy on i ja mamy do kitu poglądy, trzeba wszystko przemyśleć od nowa. Albo zrobił co obiecał i fajnie wyszło, ludzie zadowoleni i na drugi raz więcej ludzi na niego głosuje. Tak powinno być.
A tak jak teraz to co można powiedzieć o radnych i prezydencie czy staroście ? Nic. Nie maja żadnych programów, więc mogą robić co chcą. Jak się uda to się chwalą, jak się nie uda, to nic nie mówią. Spokojnie mogą nic nie robić przez cztery lata tylko cukierki rozsypywać dzieciom i też jakoś będzie. Teraz o kolorach krawatów można sobie pogadać. Oni marnują ludziom życie, bo bez obietnic i programów nie wiadomo jakie podejmować decyzje. Zostać, wyjechać, kupić ziemię tu czy tam, a może tam droga będzie a może będzie za sto lat, a może tuż za moim płotem i będę spaliny wdychał, a może będzie kanalizacja a może rynsztok. Czy zapisać dziecko do tej szkoły, a może będzie za rok zamknięta i trzeba będzie zmieniać. A może będzie w niej angielski a może niemiecki. A może kupić mieszkanie na Bugaju, bo obok las i tramwaj będzie, a może TIRy tu będą jeździć z Bełchatowa i rozklekotane duszne busiki do Łodzi z kierowcami-dziwakami. A może iść na studia do Łodzi a może do Warszawy. Nie wiadomo. Życie w próżni.
I nawet k*a słuchawką od telefonu nie można juz sobie rzucić ze złości !!! (bo mam tylko komórkę

)
Pan Furman nie musi nikomu nic obiecywać, zrobi jak zechce, albo zarobi albo straci. Ale politycy wybieralni mają, uważam, moralny obowiązek złożyć wyborcom obietnice, spisane, i rozliczyć się z nich. Jeśli tego nie robią są zwykłymi tchórzami. Są jak pijany kapitan statku. Fala gdzieś statek wyrzuca a kapitan mówi pasażerom: o tu, tu właśnie chciałem dopłynąć.
Czy jak stoicie przed kasą PKP to prosicie bilet dokądkolwiek czy bilet do jakiegoś konkretnego miasta. Mnie nie jest obojętne gdzie jadę.
Może i niektóre te wybory, które opisałem nie są sensowne. Nie miałem czasu. Ale niektóre są. Z komina się wycofuję, mój błąd. Jasne, to nie sprawa polityków. Niech zajmują się tym, co wspólne. Ale bloki, dlaczego nie?
A jeśli bloki nie, to kto tu właściwie rządzi ? Może trzeba zadać pytanie: po co ci radni i prezydenci. Skoro na większość wydatków z budżetu maja niewielki wpływ, bo to są płace nauczycieli i pomoc społeczna (obowiązek: gmina działa jak skrzynka pocztowa i konto w banku, wystarczyłby jeden pełnomocnik rządu), skoro całą ziemią zarządza SM, która, jak widać ostatnio, nie odpowiada realnie przed nikim. Skoro powiat nie może zająć się inwestycją dotyczącą kilku gmin (ŁTR) a przecież właśnie po to powstał. Skoro najważniejsze inwestycje zależą od loterii: dadzą grant z unii albo nie dadzą. To po co ta zabawa cała w samorządy ? Jeśli komunikacją zbiorową i dostawą wody, ciepła i ściekami i leczeniem (co dla mnie jest pewna że tak będzie) zajęłyby się prywatne firmy, to po co urzędy i jałowe dyskusje ? Nie zostaje nic. Rozdzielaniem pieniędzy na szkoły dwie osoby mogą się zająć, pieniądze biednym parafie lepiej rozdadzą.
Jedyne wyjaśnienie: to jest dom wariatów, którzy bawią się, że są Bardzo Ważnymi Osobami. Taka terapia. Przychodzą rano do „pracy”, witają się: „dzień dobry panie Sekretarzu”, „dzień dobry panie Prezydencie” , siadają w swoich fotelach, odbierają telefony od „pana Starosty”, co buduje mosty. Po południu mają „sesję” (terapeutyczną), kłócą się, wyładowują emocje, gniewają się na siebie, kablują do „prasy” na „konferencjach”, później się godzą. Rozdają ordery, jeżdżą w delegacje, przecinają wstęgi. I idą spać. Trochę kosztowna terapia
