Powiedzmy tak: gdyby podzielić kule ziemska kreską na dwie części. Po jednej stronie zamieszkaliby przeciwnicy aborcji, po drugiej zwolennicy.
W pierwszym półświecie byłyby przypadki takie, że rodziłyby się dzieci kalekie, niechciane, które później byłyby bite i chodziły głodne. Rodziłyby kobiety gwałcone i narażając własne życie. Ale takie tam ludzie wybrali sobie zasady, przeszli na tę stronę i tego się trzymają. Jakoś sobie z tym radzą albo i nie radzą.
W drugim półświatku, odpowiedzialne matki nieodpowiedzialnie zachodząc w ciążę odpowiedzialnie usuwają ją żeby nie mieć problemu, albo, żeby dziecko nie miało problemu, bo to aż korci żeby przylać, albo żeby nie męczyło się, skoro z góry wiadomo, ze chore. No, ogólnie, żeby było miło i przyjemnie.
Gdzie zamieszkać ? Wyboru trzeba dokonać przed pierwszym seksem
Korci żeby tam gdzie się łatwiej żyje. Te nieprzyjemne decyzje jakoś można sobie zracjonalizować, że to zygota, prawiepłód, że tak będzie lepiej dla wszystkich, itd., itp.
A dla mnie: aborcja jest takim działaniem, które z bliska wydaje się neutralne, ale w konsekwencji w dłuższym okresie przynieść może złe skutki. Nie wiem dlaczego, po prostu w to wierzę, intuicja mi tak podpowiada. No i logika, bo szanuję mądrość Kościoła (te parędziesiąt moich lat życia, tych kilkadziesiąt przeczytanych książek - nie ma porównania nawet z dwoma czy czterema tysiącami lat i tysiącami napisanych książek). Skoro nie wolno, to nie wolno i już. Nie ma dowodu, że coś się stanie ? Może i nie ma. Jakie skutki? Nie wiem, może życie w ogóle przestanie być w cenie, jak w czasie wojny i każde wyjście na ulicę, to będzie ryzyko, że się straci zęby albo oczy.
Może i tak jest z zabijaniem nienarodzonych. Jestem przekonany, że po kilkudziesięciu czy kilkuset latach w połówce świata proaborcjonistów nie dałoby się normalnie żyć.